Adults In The Room by Yanis Varoufakis

poprzednia następna

CZĘŚĆ PIERWSZA 8. GŁUPCZE, CHODZIŁO O (FRANCUSKIE I NIEMIECKIE) BANKI!

Znajomi i dziennikarze często proszą mnie o opisanie najgorszej strony moich negocjacji z greckimi wierzycielami. Niemożność wykrzyczenia z dachów tego co napuszeni mówili mi prywatnie z pewnością była frustrująca, ale gorsze było układanie się z wierzycielami którzy tak naprawdę nie chcieli odzyskać swoich pieniędzy. Rozmowy z nimi, odwoływanie się do ich rozsądku, były jak negocjowanie rozejmu z generałami prącymi do wojny tym bardziej, że oni sami, ich synowie i córki byli poza frontem.

Na czym ta wojna polegała? Dlaczego wierzyciele Grecji zachowywali się tak jakby nie chcieli dostać swoich pieniędzy? Co popchnęło ich do zaprojektowania potrzasku w który sami wpadli? Zagadka da się rozwiązać w parę sekund jeśli tylko się bliżej przyjrzy francuskim i niemieckim bankom po 2008. Greckie endemiczne zacofanie, złe rządy i korupcja tłumaczą permanentną słabość jej gospodarki. Ale ostatnia niewypłacalność jest konsekwencją źle zaprojektowanej UE i je unii walutowej, euro. UE na początku była kartelem wielkiego biznesu ograniczającym konkurencję w przemyśle ciężkim w jego centralnej części i zapewniającym mu rynki zbytu w peryferyjnych krajach takich jak Włochy i, później, Grecja. Kraje deficytowe jak Grecja były odbiciem krajów nadwyżkowych jak Niemcy. Dzięki dewaluacji drachmy deficyty były pod kontrolą. Ale kiedy drachmę zastąpiło euro, pożyczki udzielane przez niemieckie i francuskie banki posłały deficyty w stratosferę.

Wysychanie kredytu w 2008 podążające za upadkiem Wall Street spowodowało bankructwo europejskich bankierów którzy przestali udzielać kredytów od 2009. Niezdolna do rolowania swojego długu, Grecja popadła w niewypłacalność jeszcze w tym samym roku. Nagle trzem francuskich bankom groziły straty na długu peryferii w wysokości przynajmniej dwukrotnie przekraczającej całą gospodarkę francuską. Liczby dostarczone przez Bank Rozrachunków Międzynarodowych pokazują naprawdę straszny obraz: z każdych trzydziestu euro zadłużenia, mieli dostęp do zaledwie jednego euro. To oznaczało że gdyby tylko 3 procent tego zadłużenia przepadło – to jest, gdyby €106 miliardów pożyczek udzielonych peryferyjnym rządom, gospodarstwom domowym i firmom nie mogło być spłaconych – wtedy trzy topowe francuskie banki potrzebowałyby ratunku ze strony francuskiego rządu.

Pożyczki tych samych trzech francuskich banków dla włoskich, hiszpańskich i portugalskich rządów sumowały się do 34 procent całej francuskiej gospodarki – dokładnie do €627 miliardów. Na dokładkę banki te w poprzednich latach również pożyczyły €102 miliardy greckiemu państwu. Gdyby rząd Grecji nie mógł dotrzymać spłaty swoich zobowiązań, robiący w pieniądzach na całym świecie by się wystraszyli i przestali pożyczać rządowi w Portugalii, możliwe że również we Włoszech i Hiszpanii, bojąc się że te jako następne popadną w tarapaty. Niezdolne do rolowania swoich w sumie wynoszących blisko €1.76 bilionów długów na rozsądny procent, włoskie, hiszpańskie i portugalskie rządy miałyby olbrzymie trudności ze spłatą pożyczek trzem topowym francuskim bankom, robiąc tym samym w ich księgach wielką wyrwę. Z dnia na dzień, główne francuskie banki stanęłyby przed możliwością strat w wysokości 19 procent ich ‘aktywów’ podczas gdy zaledwie 3 procent czyniło je niewypłacalnymi.

By zasypać tą dziurę rząd Francji potrzebowałby drobnych €562 miliardów, natychmiast. Ale w przeciwieństwie do rządu federalnego Stanów Zjednoczonych, który może przesunąć takie straty do jego banku centralnego (FED), Francja rozmontowała swój bank centralny w 2000 kiedy przystąpiła do wspólnej waluty i musiała polegać na uprzejmości wspólnego dla całej Europy Europejskiego Banku Centralnego. Niestety, EBC został utworzony z wyraźnym zakazem: żadnego przesuwania grecko-łacińskich złych długów, prywatnych czy publicznych, do ksiąg EBC. Kropka. Pod takim warunkiem Niemcy zgodziły się dzielić z europejskim motłochem swoją uwielbianą Markę Niemiecką, nazywając ją Euro.

Łatwo sobie wyobrazić panikę prezydenta Francji Sarkoziego i jego minister finansów, Christine Lagarde, gdy sobie uświadomili że muszą skądś wytrzasnąć €562 miliardy. Nie trudno też zobrazować lęk jednego z poprzedników Lagarde na stanowisku ministra finansów Francji, sławetnego Dominic Strauss-Kahna, który wtedy był dyrektorem zarządzającym MFW i który zamierzał z tej posady wskoczyć na posadę prezydenta Francji w wyborach za dwa lata. Najważniejsi francuscy oficjele wiedzieli, że bankructwo Grecji zmusiłoby ich do pożyczenia sześciokrotnych rocznych wpływów podatkowych po to tylko, by je przekazać trzem idiotycznym bankom.

Tego się po prostu nie dało zrobić. Jak tylko rynki poczułyby co się święci, oprocentowanie francuskiego długu publicznego wystrzeliłoby w stratosferę, i w jednej chwili €1.29 bilionów francuskiego długu rządowego by się ukisiło. Dla kraju który zrezygnował z możliwości drukowania pieniędzy – jedyny pozostający sposób tworzenia pieniędzy z niczego – oznaczałoby to goliznę, która z kolei powaliłoby całą Unię Europejską, jej wspólną walutę, wszystko.

Tymczasem w Niemczech sytuacja pani Kanclerz była nie mniej zakręcona. W 2008, gdy pękały banki na Wall Street i londyńskim City, Angela Merkel ciągle podsycała swój wizerunek oszczędnej, sknerowatej Żelaznej Kanclerz. Wytykając moralizatorskim palcem anglosaskich rozrzutnych bankierów trafiła na nagłówki gazet ze swoim przemówieniem ze Stuttgartu, w którym poradziła amerykańskim bankierom by się wzorowali na Szwabskiej gospodyni domowej mogącej im udzielić paru lekcji z zarządzania finansami. Trzeba sobie wyobrazić szok w jakim się znalazła, kiedy niezadługo została zasypana telefonami z ministerstwa finansów, z jej banku centralnego, od jej ekonomicznych doradców, wszystkie z tą samą niezrozumiałą informacją: Pani Kanclerz, nasze banki też szlag trafił! By napełniać bankomaty potrzebujemy zastrzyku pieniędzy od Szwabskich gospodyń, €406 miliardów na wczoraj!

Dla polityków to definicja trucizny. Jak mogła pojawić się przed tymi samymi członkami parlamentu, których przez lata pouczała o konieczności oglądania każdej monety z obu stron gdy chodziło o szpitale, szkoły, infrastrukturę, bezpieczeństwo, przyrodę, by ich błagać o wypisanie tak kolosalnego czeku dla bankierów, którzy dopiero co pływali w morzu pieniędzy. Z konieczności odnalazłszy w sobie pokłady pokory, Kanclerz Merkel wzięła głęboki oddech, weszła do okazałego, projektu Normana Fostera, parlamentu w Berlinie znanego jako Busdestag, przekazała oszołomionym parlamentarzystom złą wiadomość i wyszła z rzeczonym czekiem. Przynajmniej mam to za sobą, musiała myśleć. Ale się myliła. Kilka miesięcy później kolejny zasyp telefonów domagał się podobnej kwoty dla tych samych banków.

Dlaczego Deutsche Bank, Finanzbank i inne wieżowce finansowej niekompetencji ulokowane we Frankfurcie potrzebowały więcej? Ponieważ otrzymany od pani Merkel czek opiewający na €406 miliardów ledwie wystarczył na pokrycie ich strat na handlu toksycznymi derywatami z USA. Z pewnością nie wystarczał na pokrycie tego co pożyczyły rządom Włoch, Irlandii, Portugalii, Hiszpanii i Grecji – w sumie €477 miliardów, z których pokaźne €102 miliardy zostały pożyczone Atenom. Gdyby Grecja utraciła zdolność spłacania rat,(3) niemieckie banki zmierzyłyby się z kolejną stratą wymagającą od pani Merkel kolejnego czeku na coś pomiędzy €340 i €406 miliardami, ale jako wytrawny polityk wiedziała ona że powrót do Bundestagu i prośba o taką kwotę oznacza polityczne samobójstwo.

Dla liderów Francji i Niemiec stawką w grze o niepozwolenie rządowi Grecji na powiedzenie prawdy był mniej więcej jeden bilion euro; powiedzenie prawdy czyli ogłoszenie bankructwa. Jednak ciągle musieli znaleźć sposób na uratowanie banków po raz drugi bez informowania parlamentów o swoich czynach. Jak powiedział Jean-Claude Juncker, ówczesny premier Luksemburga i późniejszy przewodniczący Komisji Europejskiej, ‘kiedy się robi gorąco, trzeba kłamać.’(4)

Po paru tygodniach rozgryźli problem: przedstawią drugi bailout swoich banków jako akt solidarności z rozrzutnymi i leniwymi Grekami, którzy chociaż są tego niewarci ciągle należą do europejskiej rodziny i dlatego należy ich uratować. Szczęśliwie, pociągało to za sobą konieczność udzielenia im dalszych monstrualnych pożyczek na spłatę zadłużenia wobec francuskich i niemieckich wierzycieli, upadających banków. Była jednak techniczna trudność, z którą należało sobie najpierw poradzić: klauzula traktatu eurostrefy zabraniająca finansowania rządowego długu przez UE. Jak ją obejść? Rozwiązaniem okazał się typowy brukselski kit, to niestrawne danie tak ciężkie do przełknięcia dla Europejczyków, w tym dla Wyspiarzy wyjątkowo.

Po pierwsze, nowe pożyczki nie będą europejskie ale międzynarodowe, dzięki dogadaniu się z MFW. Wymagało to od MFW nagięcia swojej najświętszej zasady: nigdy nie pożyczaj rządowi przed ‘strzyżeniem’ jego długu – czyli jego restrukturyzacji. Ale ówczesny dyrektor zarządzający MFW, Dominic Strauss-Kahn, desperacko chroniąc banki narodu na którego czele planował stanąć za dwa lata, chętnie nakłonił wewnętrzną biurokrację MFW do przymknięcia oka. Z MFW na pokładzie, można było powiedzieć Europejczykom że nie tylko UE pożycza Grekom, to wspólnota międzynarodowa pożycza w imię wyższej konieczności wspierania światowego systemu finansowego. Niech sczeźnie podejrzenie o udzieleniu przez UE pomocy finansowej jednemu z krajów członkowskich, o francuskich i niemieckich bankach nie wspominając!

Po drugie, największa część pożyczki, do pozyskania w Europie, nie miała pochodzić od UE jako takiej; ją trzeba było opakować w serię dwustronnych pożyczek – to jest od Niemiec dla Grecji, od Irlandii dla Grecji, od Słowenii dla Grecji, i tak dalej – gdzie kwota dwustronnej pożyczki odzwierciedla względną siłę gospodarki pożyczającego, dziwaczne zastosowanie maksymy Karola Marksa ‘każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości’. Tak więc, z każdego €1000 dla Aten do przekazania francuskim i niemieckim bankom, Niemcy miały gwarantować €270, Francja €200, a €530 zostawało do zagwarantowania mniejszym i biedniejszym krajom. Oto uroda greckiego bailoutu, przynajmniej z punku widzenia Niemiec i Francji: przerzucono większość ciężaru ratowania francuskich i niemieckich banków na podatników z krajów nawet biedniejszych od Grecji, takich jak Portugalia i Słowacja. Oni, razem z niczego nie podejrzewającymi podatnikami z krajów-założycieli MFW takich jak Brazylia i Indonezja, mieli być zmuszeni do przelania pieniędzy bankom z Paryża i Frankfurtu.

Nieświadomi faktu że tak naprawdę płacą za błędy francuskich i niemieckich bankierów, Słowacy i Finowie, podobnie do Niemców i Francuzów, wierzyli że muszą wziąć na swoje barki dług innego kraju. W ten sposób, w imię solidarności z nieznośnymi Grekami, oś francusko-niemiecka zasiała nasiona niechęci między dumnymi narodami.

(3) Greckimi obligacjami rządowymi handlowano po 19 procent ich wartości nominalnej, co oznacza że niemieckie banki chcące upłynnić grecki dług sprzedając go inwestorom godziłyby się na 81 procent straty.

(4) http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/europe/eu/10874230/Jean-Claude-Juncker-profile-When-it-becomes-serious-you-have-to-lie.html

(5) Te liczby są odbiciem faktu że Niemcy reprezentowały około 27 procent całego dochodu eurostrefy, Francja około 20 procent i tak dalej.